poniedziałek, 29 lutego 2016

Luty 2016

Ostatni dzień lutego, więc najwyższa pora na jego podsumowanie :D

1. Film
Jestem fanką filmów Marvela, więc prędzej, czy później musiałam obejrzeć ten film i w lutym udało mi się nawet wybrać na niego do kina. Ogólnie bardzo mi się podobał, chociaż gdyby decyzja należała do mnie to darowałabym sobie kilka niezbyt śmiesznych żartów. Mimo to świetnie się bawiłam i polecam wszystkim fanom Marvela oraz komedii :D

2. Książka

Chciałam przeczytać jakąś książkę tej autorki już od bardzo, bardzo dawna, ale jakoś nigdy do tej pory mi się nie udało. Jednak parę miesięcy temu zdobyłam dwie części Trylogii Czarnego Maga, po promocyjnej cenie, w Biedronce i nareszcie miałam czas zabrać się za ich czytanie. Na razie przeczytałam pierwszą część i bardzo mi się spodobała. Zdecydowanie nie jest to moja ulubiona książka, ale wciągnęłam się i chcę wiedzieć co stanie się dalej.

3. Serial


Sama nie wiem co powiedzieć... Obejrzałam dwa sezony w trzy dni i dalej oglądam. Serial niesamowicie wciągający, chociaż tematyka ostatnio bardzo oblegana i większość postaci aż się prosi, żeby je znienawidzić (przynajmniej moim zdaniem). Mimo wszystko ja oglądam dalej i jeśli lubicie uniwersum post apokaliptyczne to zachęcam do rzucenia okiem na "The 100".

4. Muzyka

Sia - Bird Set Free
Natrafiłam na tę piosenkę podczas oglądania filmików z "The Ellen DeGeneres Show" i na początku jakoś szczególnie mi się nie spodobała. Później jednak, z takiego czy innego powodu, przesłuchałam ją jeszcze kilka razy i kompletnie się zakochałam...

5. YouTuber

Aż trudno mi uwierzyć, że nie pisałam jeszcze o Paincie. Jeśli zapuściliście się choć raz w odmęty YouTube to zapewne natrafiliście na jego na jego najsławniejsze filmiki - "After Ever After". Jeśli nie to odsyłam Was do nich teraz, naprawdę warto, są niesamowicie śmieszne, a sam Jon ma moim zdaniem wielki talent :D

A jak Wam minął ten miesiąc? 

środa, 24 lutego 2016

Studia, część I

Witajcie, jest bardo duże prawdopodobieństwo, że ten post został napisany bardziej dla mnie niż dla Was, ale stwierdziłam, że ja go potrzebuję, a jeśli spodoba się lub będzie on coś znaczył dla chociaż jednej osoby poza mną to świetnie :D


Jeśli czytacie tego bloga regularnie to pewnie wiecie, że w październiku 2015 roku rozpoczęłam studia i prawie trzy tygodnie temu zaliczyłam ich pierwszy semestr. W związku z tym chciałam spisać tutaj swoje wrażenie po pierwszym semestrze, żebym sama mogła kiedyś do nich wrócić i zaobserwować zmiany, a może zainteresuje to kogoś z Was, kto też niedawno zaczął studia lub niedługo je zacznie.

Zacznijmy może od tego, że studiuję dietetykę i szczerze mówiąc wciąż nie wiem, czy to był dobry wybór. Będąc w liceum bardzo długo nie mogłam się zdecydować co chcę studiować, byłam na profilu biologiczno-chemicznym, więc naturalnie chciałam wciąż edukować się w tym kierunku, ale nie miałam pojęcia co dokładnie. Od początku wiedziałam, że medycyna nie jest dla mnie i nigdy nie okłamywałam się, że miałabym nawet szansę się dostać... Ale nie zależało mi. Przez jakiś czas poważnie rozważałam farmację, ale ostatecznie stwierdziłam, że za dużo w tym chemii. Na moich aktualnych studiach chemia nie opuszcza mnie aż do końca, ale to już nieważne. Dietetykę "wymyśliłam sobie" może na miesiąc przed maturą. Wielokrotnie męczona przez rodzinę pytaniami co dalej planuję, stwierdziłam, że przecież lubię jedzenie (idiotyczny powód), jest to zawód zdobywający coraz większą popularność i wydaje mi się dosyć ciekawy. Po pierwszym semestrze, wciąż nie wiem nic o dietetyce, za to potrafię rozwiązać taką raczej łatwą całkę i względnie opanowałam miareczkowanie (ale o tym niżej). Nie czuję się źle na tych studiach, nie mam specjalnej ochoty ich zmieniać i zaczynać od nowa (a przede wszystkim nie mam ochoty ani pomysłu na nowy kierunek), ale nie mam zielonego pojęcia czy dietetyka to coś co chcę robić w przyszłości i czy nie będę w tym kompletnie beznadziejna... Takie myśli krążą po mojej głowie, ale szczerze mówiąc pewnie nie miałabym na tyle odwagi, żeby teraz (a tym bardziej później) zrezygnować i zacząć od nowa. I błagam, nie bierzcie ze mnie przykładu.


Pierwszy semestr nie był specjalnie trudny, ale też nie był łatwy. Można by powiedzieć, że był taką powtórką/kontynuacją liceum, chociaż z małymi niespodziankami. Najważniejszym przedmiotem na pierwszym roku jest u nas chemia (w pierwszym semestrze nieorganiczna), przed którą tak próbowałam uciec. Mimo że bardzo nie wierzyłam w swoje siły, jeśli chodzi o ten przedmiot to byłam mile zaskoczona kiedy się okazało, że większość, przewidzianego na ten semestr, programu nie sprawia mi problemu. Co oczywiście nie znaczy, że nie musiałam się uczyć. O nie... Po prostu nie musiałam się uczyć od podstaw, kiedy niektórzy z moich znajomych, musieli się uczyć rzeczy, które ja pamiętam jeszcze z gimnazjum. Laboratoria okazały się całkiem ciekawe, chociaż okropnie stresujące. Nie chcę zabrzmieć przemądrzale, ale jeśli mam być szczera to egzamin z chemii, którym wszyscy nas tak straszyli, trochę mnie zawiódł, bo dla mnie osobiście ważniejsze jest coś zrozumieć niż po prostu nauczyć się reakcji na pamięć i ją przepisać. Ale może mówię tak tylko dlatego, że nie lubię się uczyć na pamięć. Najważniejsze jest dla mnie, że zdałam chemię w pierwszym terminie i w związku z tym obiecałam sobie, że nie będą narzekać.

Zanim opiszę coś co mnie zaskoczyło i sprawiło mi trochę trudności, jeszcze raz zaznaczę, że wcale nie uważam siebie za jakąś specjalnie mądrą. Może po prostu do tej pory miałam szczęście, ale bardzo trudno mi było się przyzwyczaić do tego, że muszę się uczyć matematyki. Ten przedmiot nigdy nie sprawiał mi problemu (oczywiście na poziomie podstawowym) i do tej pory wystarczało mi uważanie na zajęciach i zrobienie zadania domowego od czasu do czasu. A tutaj niespodzianka! Nie tyle program był jakiś bardzo trudny, co po prostu mieliśmy bardzo mało czasu na jego opanowanie (na drugich zajęciach zrobiliśmy pięć działów z podręcznika) oraz czasami odnosiłam wrażenie, że prowadzący zakładali, że umiemy więcej niż rzeczywiście umieliśmy. Jednak po raz kolejny stwierdzam, że nie mogę narzekać, ponieważ pani doktor, która prowadziła z nami zajęcia była cudownie wyrozumiałą kobietą, za którą po prostu niekiedy nie nadążałam. Ostatecznie, po wielu staraniach, dzięki pozytywnej ocenie z ćwiczeń, udało mi się zostać zwolnioną z egzaminu z matematyki.


Pozostałe przedmioty jakoś szczególnie się nie wyróżniały. Filozofia przyrody odbywała się o siódmej rano i bardzo dobrze się na niej spało. Moją największą porażką w tym semestrze było niedotarcie na zajęcia terenowe z ekologii (problemy z autobusem), co ostatecznie nie było aż takie strasznie jak mi się wydawało, ale oczywiście spowodowało u mnie niewielkie załamanie nerwowe. Wszystko skończyło się dobrze, ale prześladowało mnie to przez jakieś dwa miesiące, a ja przez to prześladowałam tym innych (przepraszam). Odkryłam, że bardzo często wysiedzenie półtora godziny na wykładzie było dla mnie wyzwaniem, nie wspominając już o ponad dwu godzinnych zajęciach z matematyki, ale poza tym dosyć szybko przyzwyczaiłam się do tego trybu życia.
Przeprowadzka do Krakowa też nie okazała się dla mnie jakaś specjalnie drastyczna, oczywiście na początku trochę tęskniłam za domem i moją rodziną, a współlokatorzy już zaczynają mnie denerwować, ale poza tym zdecydowanie podoba mi się życie samej (chociaż wewnętrznie dręczy mnie wyciąganie pieniędzy od rodziców). Oczywiście, jako że jestem osobą, która potrafi zgubić się z drodze do domu, odnalezienie się w Krakowie było dla mnie nie lada wyzwaniem (raz się zgubiłam i przez to spóźniłam godzinę na WF), ale myślę, że już w miarę zaczynam ogarniać podstawy przedostania się z mieszkania na uczelnię i z powrotem.

Jako osoba niesamowicie nieśmiała i zamknięta w sobie, miałam i wciąż mam niemałe problemy z zawieraniem nowym znajomości. Teraz jest już trochę lepiej niż było na początku, znam i jestem w stanie porozmawiać z większością ludzi z mojego kierunku i mam nawet kilka osób, które lubię i wydaje mi się, że one lubią mnie, ale jest to taka bardzo powierzchowna znajomość. Rozmawiamy głównie o studiach i przede wszystkim, co jest dla mnie problemem przy poznawaniu wielu ludzi, większość z nich nie rozumie mojego poczucia humoru... Lubię sobie wmawiać, że jestem dosyć zabawna i jest to moja zaleta, ale jak mam zdobywać nowych znajomych, kiedy oni nie rozumieją moich żartów? Jest to dla mnie niesamowicie frustrujące, ale naprawdę się staram i myślę, że w końcu się uda.


Patrząc na to teraz, początek studiów nie był taki straszny, chociaż na pewno wydawał się taki przed i w trakcie i teraz znów boję się tego co nadejdzie. Jeśli miałabym powiedzieć coś do ludzi, którzy są na tym samym etapie co ja, albo dopiero wybierają się na studia, to zdecydowanie powiedziałabym, żebyście się nie bali (aż tak bardzo). Jakoś się ułoży, czasem trzeba się więcej pouczyć albo pokombinować, ale w końcu dacie radę i będzie lepiej, a kiedyś o tym pomyślicie i wyda wam się śmieszne. Jeśli jednak wiecie, że wasz wybór był błędem i nagle okazało się, że odnaleźliście inną pasję w życiu nie bójcie się zmienić zdania. Dajcie sobie trochę czasu na przemyślenie tego dokładnie, naprawdę warto jest dotrwać do końca semestru, a jeśli wtedy dalej będziecie twierdzić, że chcecie coś zmienić to nie ma na co czekać, ja życzę wam powodzenia.

Dodam jeszcze, że nigdy nie miałam tak przewrażliwionych na swoim punkcie nauczycieli jak teraz. Trzeba uważać, żeby nie nazwać ich złym tytułem, obrażają się jeśli na ich "niesamowicie ciekawych" nieobowiązkowych wykładach jest za mało osób, albo ktoś się spóźnia... Ale oczywiście nie wszyscy.

piątek, 12 lutego 2016

It's Okay, That's Love

Tak ja obiecywałam, najwyższa pora na moją recenzję dramy It's Okay, That's Love :)


Fabuła:

Nikt nie jest idealny, każdy ma swoje problemy, Ta drama jest aż przepełniona ludźmi, którzy lepiej lub gorzej radzą sobie ze swoimi, niekiedy naprawdę poważnymi problemami. Z jednej strony mamy Ji Hae So - psychiatrę, która z powodu traumy z przeszłości (cóż za nowość), boi się kontaktu fizycznego z mężczyznami, a z drugiej Jang Jae Yeol - sławnego pisarza i DJa w radiu, który jak się okazuje też nie ma w życiu lekko. Los tak chciał, że dwójka bohaterów spotyka się w programie telewizyjnym i momentalnie nie przypada sobie do gustu. Kolejne wydarzenia decydują jednak o tym, że Hae So i Jae Yeol muszą razem zamieszkać, co daje im okazję, żeby się lepiej poznać.

Bohaterowie:

Ji Hae Soo
Główna bohaterka, pracuje w szpitalu jako psychiatra, jej życie utrudnia fakt, że na myśl o pocałowaniu swojego chłopaka przechodzą ją dreszcze. 

Gra ją Gong Hyo Jin.

Oh So Nyeo
Dziewczyna, która tak właściwie się przyplątała i wreszcie uczy się życia. 

Gra ją Lee Sung Kyung.

Lee Yeong Jin
Starsza koleżanka z pracy Hae Soo, była żona Jo Dong Min. 

Gra ją Jin Kyung.


Jang Jae Yeol
Główny bohater, sławny pisarz i DJ, jego brat jest w więzieniu i za każdym razem jak wychodzi to próbuje go zabić, więc rozumiecie, że facet ma trochę problemów na głowie.

Gra go Jo In Sung. 

Jo Dong Min
Starszy kolega z pracy Hae Soo, to w jego domu wszyscy mieszkają.

Gra go Sung Dong Il

Park Soo Kwang
Przyjaciel Dong Min, również z nim mieszka, ma zespół Tourettai nie ma szczęścia z kobiet. 

Gra go Lee Kwang Soo. 

Han Kang Woo
Chłopak, który przyczepił się do Jae Yeola, prze co później zaczęli się przyjaźnić.  

Gra go Do Kyung Soo.

Moje wrażenia:

Osobiście, mimo że oglądałam tę dramę prawie dwa miesiące temu, wciąż jestem w niej zakochana i zdecydowanie obejrzałabym ją po raz kolejny. Bardzo podoba mi się historia grupy dorosłych ludzi, która nie tylko skupia się na wątku miłosnym, który jest obecny i bardzo ważny, ale też na ich przyjaźni, pracy, szczęściu i przede wszystkim zdrowiu psychicznym. Poza tym, że mamy w tej dramie kilka różnych, bardziej lub mniej wciągających, wątków posiada ona też coś, czego często brakuje mi w koreańskich dramach, czyli nieco bardziej rozbudowanych bohaterów drugoplanowych. Zazwyczaj w Kdramach mamy dwójkę głównych bohaterów i to w okół nich głównie toczy się fabuła, czasem mamy kilka innych postaci, które pojawiają się na chwilę, z reguły po to żeby albo powspierać albo uprzykrzyć życie głównych bohaterów. Nie mówię oczywiście, że tak jest zawsze, bo jest wiele wyjątków od tej reguły i ta drama jest ich świetnym przykładem, ale jest to jeden z wielu utartych schematów w koreańskich dramach. W It's Okay, That's Love mamy właśnie grupę bohaterów (nie wymieniłam wszystkich powyżej), którzy posiadają jakąś historię i więcej niż dwie cechy charakteru, co dla mnie jest bardzo miłą odmianą.


Kolejnym elementem tej dramy, który bardzo mi się podobał, jest jak już pewnie wiecie muzyka. Typowe dla Kdram smętne kawałki mamy tutaj zastąpione żywszą, zdecydowanie wpadającą w ucho muzyką, której ja właśnie słucham. Wymieniałam już moje ulubione piosenki w podsumowaniach miesiąca, ale dla pewności zrobię to jeszcze raz :P

Family of the Year - Hero
Twin Forks - Cross My Mind
The Killin' Time Band - Heavy

Jednym z niewielu wątków, której w tej dramie mi się nie podobały, był wątek związany z bratem Jang Jae Yeola, ponieważ, mimo że wyjaśniał on wiele późniejszych wydarzeń i pozwalał nam lepiej zrozumieć Jae Yeola, to moim zadaniem był po prostu strasznie nudny, do tego stopnia, że bez wyrzutów sumienie i obaw, że czegoś nie zrozumiem, przewijałam te sceny. Jednak, biorąc po uwagę całokształt, jestem w stanie pominąć ten wątek i drama wciąż pozostaje jedną z moich ulubionych.


Trudno mi powiedzieć co konkretnie podobało mi się w tej dramie, bez zdradzania szczegółów jej fabuły, jednak zdecydowanie ją wszystkim polecam. Naprawdę warto obejrzeć dla niebanalnych i nieschematycznych bohaterów zarówno głównych, jak i drugoplanowych, dla świetnych aktorów, dla fabuły, która nie skupia się tylko i wyłącznie na wątku romantycznym, ale też dla dojrzałego i ładnie zbudowanego romansu, dla wątków komediowych i dramatycznych i oczywiście dla, wspomnianej przeze mnie wiele razy wspaniałej ścieżki dźwiękowej i wiele wiele więcej.


Dramę oceniam na 10/10.
Oglądałam na stronie VIKI, gdzie dostępna jest zarówno z polskimi jak i angielskimi napisami :D

Wow, dawno nie pisałam o dramach... Co sądzicie o tym poście? Chcecie takich więcej? A co myślicie o dramie?